Jeszcze wiosną 2024 roku Julia była zwyczajną nastolatką. Lubiła malować, oglądać filmy i spędzać czas z przyjaciółmi. Jej codzienność była pełna planów, swobody i młodzieńczej beztroski. Wszystko zmieniło się 25 maja 2024 roku. Tego dnia padła diagnoza: ostra białaczka limfoblastyczna typu T. Świat Julii i jej mamy skurczył się do szpitalnej sali w Przylądku Nadziei. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Intensywna chemioterapia, pobyty na Oddziale Wzmożonego Nadzoru, ogrom leków i procedur medycznych bardzo szybko stały się nową codziennością nastolatki. Julia od początku walczyła z ogromną determinacją, choć leczenie było dla jej organizmu niezwykle wyniszczające. Kolejne miesiące przyniosły dramatyczne komplikacje. Podczas trzeciego protokołu chemioterapii stan Julii został określony jako zagrażający życiu. Choroba zaatakowała układ nerwowy, powodując nacieki na mózgu i prowadząc do skrajnego osłabienia organizmu. Lekarze byli zmuszeni przerwać leczenie. Początek 2025 roku przyniósł chwilę nadziei. Udało się uzyskać remisję choroby i wdrożyć wcześniejsze leczenie podtrzymujące. Rodzina uwierzyła, że najtrudniejszy etap może być już za nimi. Niestety skutki terapii okazały się dramatyczne. Chemioterapia i radioterapia doprowadziły do szybko postępującej martwicy kości. Konieczna była operacja kolana, a kolejne zabiegi obejmujące oba biodra i drugie kolano pozostają jedynie kwestią czasu. Dziś Julia nie porusza się samodzielnie. Korzysta z kul oraz wózka inwalidzkiego. Każdy dzień wymaga intensywnej rehabilitacji, ogromnej cierpliwości i walki o zachowanie choć części sprawności. Leczenie pozostawiło również poważne problemy z nerkami i nadnerczami, dlatego Julia znajduje się pod stałą opieką nefrologów i endokrynologów. To już nie jest wyłącznie walka z białaczką. To codzienne zmaganie z konsekwencjami leczenia, które uratowało życie, ale pozostawiło po sobie ogromne spustoszenie w organizmie młodej dziewczyny. Każdy kolejny tydzień przynosi nowe konsultacje, rehabilitację, kosztowne leki, sprzęt medyczny i kolejne hospitalizacje. Mimo tego Julia się nie poddaje. Wciąż walczy o odzyskanie sprawności, o powrót do życia poza szpitalnymi ścianami i o moment, w którym znów będzie mogła poczuć się zwyczajną nastolatką. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Julii kwotę 13 081 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu, rehabilitacji oraz codziennej walce o odzyskanie sprawności po dramatycznych skutkach terapii onkologicznej.

Po wakacjach Michał zaczął bardzo szybko tracić na wadze. Pojawiły się mdłości, osłabienie i brak sił, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej widoczne. Rodzina przeczuwała, że dzieje się coś poważnego, choć nikt nie spodziewał się diagnozy, która za chwilę miała całkowicie zmienić ich życie. Podczas pobytu na oddziale hematologicznym w Gdańsku lekarze przeprowadzili szczegółowe badania. Diagnoza była druzgocąca – ostra białaczka szpikowa z zespołem mielodysplastycznym. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Chemioterapia bardzo mocno obciążyła organizm Michała. Pojawiły się bolesne afty, ogromne osłabienie i skutki uboczne, które momentami odbierały mu możliwość normalnego funkcjonowania. Bywały dni, gdy nie miał siły nawet wstać z łóżka. Dodatkowe badania wykazały mutacje genetyczne, które zmieniły plan leczenia i wymagały przeprowadzenia przeszczepu haploidentycznego. Dawcą został brat Michała. Najtrudniejszy etap walki chłopak ma już za sobą. Przeszczep się udał, jednak organizm nadal jest bardzo osłabiony i wymaga dalszego leczenia oraz stałej kontroli specjalistów. Michał marzy dziś przede wszystkim o powrocie do zwyczajnego życia — spotkań z bliskimi, snowboardu i codzienności bez szpitalnych sal. Ogromną pasją Michała są szachy. Potrafi przewidywać ruchy przeciwnika kilka kroków naprzód, nawet grając z zamkniętymi oczami. Dziś jednak rozgrywa najtrudniejszą partię swojego życia. Za jego walką stoi cała rodzina. W domu czeka na niego pięcioro rodzeństwa, które każdego dnia przeżywa tę chorobę razem z nim. Codzienność najbliższych podporządkowana została leczeniu, wyjazdom do szpitala i nieustannej nadziei, że najgorsze już za nimi. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Michała kwotę 12 671 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu oraz powrocie do zdrowia po przeszczepie szpiku.

Jeszcze na początku sierpnia wszystko wyglądało zwyczajnie. Lato, place zabaw, dziecięcy śmiech i dni, które powinny być pełne beztroski. Wśród bawiących się dzieci coraz częściej brakowało jednak Nadii. Czteroletnia dziewczynka stawała się coraz słabsza, cichsza i coraz częściej skarżyła się na ból rączek. Rodzice początkowo wierzyli, że to zwykła infekcja. Wieczorem pojawiła się wysoka gorączka, później silny kaszel. Lekarz rodzinny rozpoznał ostre zapalenie krtani i wdrożył antybiotykoterapię. Mijały jednak kolejne dni, a stan Nadii nie poprawiał się ani trochę. Rodzice zdecydowali, że nie mogą dłużej czekać. W szpitalu w Człuchowie wykonano badania, które momentalnie zmieniły wszystko. Wyniki morfologii były dramatyczne – bardzo niska hemoglobina, skrajnie obniżone płytki krwi i wysokie wskaźniki stanu zapalnego wskazywały, że organizm dziewczynki walczy z czymś znacznie poważniejszym. Rozpoczęła się pilna walka z czasem. Po wielu konsultacjach i oczekiwaniu na transport Nadia została przewieziona do Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii w Gdańsku. To właśnie tam rodzice usłyszeli diagnozę, która rozdarła ich świat na pół. Ostra białaczka limfoblastyczna. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Sterydoterapia, pierwsze cykle chemioterapii oraz kolejne procedury medyczne bardzo szybko stały się codziennością czteroletniej dziewczynki. Terapia prowadzona jest według protokołu AIEOP BFM ALL 2017 i potrwa minimum dwa lata. Dwa lata walki o życie, zdrowie i dzieciństwo. Każdy dzień oznacza dziś dla Nadii pobyty pod kroplówkami, badania, skutki uboczne leczenia oraz ogromne osłabienie organizmu. Choroba odebrała jej zwyczajną codzienność i zmieniła dziecięcy świat w przestrzeń szpitalnych sal, leków i nieustannego lęku. Choruje jednak cała rodzina. Mama nie opuszcza córki i przebywa z nią w szpitalu, podczas gdy tata opiekuje się dwoma starszymi synami, siedmioletnim Bryanem i sześcioletnim Maxem, którzy pozostali w Człuchowie. Chłopcy wiedzą tylko tyle, że ich siostrzyczka jest bardzo chora i długo nie wróci do domu. Każda podróż taty do Gdańska to wiele godzin drogi, a codzienność rodziny podporządkowana została wyłącznie leczeniu Nadii oraz próbom utrzymania choć odrobiny stabilności. Mama pozostaje bez pracy, zajmując się dziećmi i opieką nad Nadią. Tata, który jest żołnierzem, został jedynym żywicielem rodziny. Tymczasem koszty leczenia, dojazdów, rehabilitacji oraz codziennych potrzeb stale rosną. Najbliżsi Nadii robią wszystko, aby dziewczynka mogła przejść przez terapię bez dodatkowych przeszkód i z poczuciem bezpieczeństwa, którego dziś tak bardzo potrzebuje. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Nadii kwotę 8 374 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć rodzinę w codziennej walce o zdrowie oraz spokojniejsze dzieciństwo dziewczynki.

Jeszcze wiosną 2025 roku życie Maćka wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać życie siedemnastolatka. Końcówka roku szkolnego, coraz cieplejsze dni, spotkania z przyjaciółmi i plany na wakacje. Nic nie wskazywało na to, że za kilka miesięcy jego codzienność zamieni się w walkę o życie. Pierwsze objawy pojawiły się w kwietniu. Ból oraz obrzęk lewego jądra początkowo nie wzbudzały ogromnego niepokoju. Diagnoza mówiła o wodniaku, dlatego rodzina próbowała wrócić do normalności i uwierzyć, że problem nie jest poważny. Latem wszystko zmieniło się ponownie. Ból wrócił ze zdwojoną siłą. Stał się uporczywy, trudny do wytrzymania, a dodatkowo pojawił się krwiomocz. Był to moment, w którym stało się jasne, że organizm Maćka walczy z czymś znacznie poważniejszym. We wrześniu 2025 roku chłopak trafił do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, gdzie rozpoczęła się pilna diagnostyka. Kilka dni później padła diagnoza, która zatrzymała świat całej rodziny. Mięśniakomięsak prążkowanokomórkowy jądra z miejscowo zaawansowanym naciekiem – rzadki i bardzo agresywny nowotwór złośliwy. Od tego momentu wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Maciek przeszedł biopsję guza, trepanobiopsję szpiku, cystoskopię oraz zabiegi związane z założeniem portu naczyniowego i cewnika. Nowotwór naciekał lewy moczowód, powodując blokadę odpływu moczu z nerki, dlatego konieczna była jego amputacja. Lekarze zakwalifikowali Maćka do grupy bardzo wysokiego ryzyka. Rozpoczęto intensywną chemioterapię ratunkową w schemacie VCR + DOXO – terapię niezwykle obciążającą dla organizmu, ale dającą szansę na zatrzymanie choroby. Leczenie bardzo szybko odbiło się na stanie zdrowia chłopca. Pojawiły się wysokie gorączki, głębokie spadki parametrów krwi, bolesne owrzodzenia jamy ustnej oraz ogromne osłabienie organizmu. Zdarzały się momenty, gdy Maciek nie był w stanie samodzielnie jeść i konieczne było żywienie pozajelitowe. Wielokrotnie potrzebował także przetoczeń krwi. Każdy dzień podporządkowany jest dziś leczeniu i wynikom badań. Rezonans głowy nie wykazał zmian nowotworowych, jednak tomografia klatki piersiowej ujawniła drobne guzki w obu płucach, które pozostają pod stałą kontrolą lekarzy. W planach znajduje się operacja usunięcia guza oraz chorego jądra wraz z wszczepieniem implantu, a następnie radioterapia. Równolegle próbka nowotworu została wysłana do Niemiec na specjalistyczne badania genetyczne, które mają pomóc dobrać terapię celowaną – bardziej precyzyjną i mniej wyniszczającą dla organizmu. Za tą walką stoi również ogromny ciężar codzienności. Mama Maćka od trzynastu lat samotnie wychowuje dzieci. Ojciec chłopca zmarł, gdy syn miał zaledwie cztery lata. Dziś to właśnie ona nieustannie czuwa przy szpitalnym łóżku, wspiera syna podczas kolejnych cykli leczenia i próbuje odnaleźć siłę w rzeczywistości pełnej lęku oraz niepewności. Zrezygnowała z pracy, aby być przy Maćku przez całą dobę. Choć wspierają ją dwie dorosłe córki, codzienność tej rodziny podporządkowana została wyłącznie walce o zdrowie chłopca. Maciek marzy dziś o rzeczach, które jeszcze niedawno były zupełnie zwyczajne – o powrocie do domu bez świadomości kolejnej hospitalizacji, o spotkaniu z przyjaciółmi, o spokojnym życiu bez bólu i strachu. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Maćka kwotę 43 364 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu, diagnostyce genetycznej oraz niezwykle wymagającej walce o powrót do zdrowia.

Jeszcze kilka lat temu Nazarii był zupełnie zdrowym chłopcem. Miał niespełna piętnaście lat, gdy jego życie nagle zatrzymała diagnoza nowotworu krwi. Leczenie rozpoczął na Ukrainie, w rodzinnym Łucku. Wkrótce jednak wybuch wojny sprawił, że walka o zdrowie stała się jeszcze trudniejsza i pełna niepewności. Ratunkiem okazała się Polska oraz Przylądek Nadziei we Wrocławiu, gdzie Nazarii wraz z rodziną znalazł schronienie i możliwość dalszego leczenia. Intensywna chemioterapia przynosiła efekty. Wyniki badań stopniowo się poprawiały, a rodzice chłopca zaczęli wierzyć, że najtrudniejszy etap jest już za nimi. Niestety choroba pozostawiła po sobie bardzo ciężkie konsekwencje. W marcu 2024 roku Nazarii zaczął odczuwać silny ból bioder. Początkowo wydawało się, że to chwilowe osłabienie organizmu po leczeniu onkologicznym, jednak kolejne badania ujawniły dramatyczną diagnozę – jałową martwicę obu stawów biodrowych. Leczenie farmakologiczne okazało się niemożliwe ze względu na wcześniejszą terapię onkologiczną. Ból stopniowo odbierał nastolatkowi możliwość normalnego poruszania się. Dziś Nazarii korzysta z wózka inwalidzkiego i każdego dnia walczy o zachowanie sprawności oraz samodzielności. Jedyną szansą pozostaje kosztowna i bardzo intensywna rehabilitacja. Niestety stan chłopca nadal się pogarszał. Kolejne rezonanse wykazały postępującą martwicę kości udowych. Lekarze podjęli decyzję o konieczności operacji usunięcia martwego fragmentu kości lewej nogi i zastąpienia go endoprotezą. Wszystko wskazuje jednak na to, że w przyszłości podobny zabieg będzie konieczny również w drugiej nodze. Przed Nazariim bardzo długa droga. Operacja, rehabilitacja, nauka ponownego poruszania się i codzienne zmaganie z bólem są dziś jego rzeczywistością. Każde zajęcia rehabilitacyjne to ogromny koszt, którego rodzina nie jest już w stanie samodzielnie udźwignąć. Rodzice chłopca wykorzystali wszystkie oszczędności na leczenie syna. Mama Nazara, mimo własnego ogromnego zmęczenia i trudnej sytuacji życiowej, rozpoczęła pracę w Przylądku Nadziei, by pomagać innym rodzinom przechodzącym przez podobny dramat. Łączyła pracę z opieką nad synem oraz codzienną walką o jego zdrowie. Mimo ogromnego cierpienia Nazarii nie przestaje walczyć. Każdy dzień to dla niego próba odzyskania choć części dawnej sprawności i nadziei, że jeszcze kiedyś będzie mógł funkcjonować bez bólu i ograniczeń. Choroba odebrała mu beztroskę, ale nie odebrała determinacji. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Nazariego kwotę 24 955 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w operacji, rehabilitacji oraz dalszej walce o odzyskanie sprawności po dramatycznych powikłaniach leczenia onkologicznego.

Historia Emila to historia chłopca, który z chorobą nowotworową mierzy się niemal od początku życia. Gdy miał zaledwie dwa lata, lekarze zdiagnozowali u niego neuroblastomę. Rozpoczęła się długa i bardzo trudna walka o życie małego dziecka. Intensywne leczenie, pobyty w szpitalu i ogromny lęk rodziców stały się codziennością rodziny. Po wielu miesiącach walki udało się osiągnąć zwycięstwo. Przez kolejne trzynaście lat rodzice mogli wierzyć, że najgorsze zostało już za nimi. Emil dorastał, wracał do zwykłego życia i próbował odzyskać dzieciństwo, które choroba odebrała mu zbyt wcześnie. Niestety nowotwór powrócił. Tym razem diagnoza dotyczyła raka nasady języka. Świat nastoletniego chłopaka po raz kolejny zatrzymał się w miejscu. Rozpoczęło się kolejne wymagające leczenie, które oznaczało wielotygodniowe pobyty w szpitalu, operacje oraz długie cykle terapii onkologicznej. Emil przeszedł kilka bardzo poważnych operacji, podczas których usunięto część nasady języka. Konieczny był również przeszczep tkanek pobranych z prawego uda, który zakończył się powodzeniem i pozwolił lekarzom kontynuować dalsze leczenie. Następnie wdrożono radioterapię. To właśnie ona pozostawiła po sobie jedne z najtrudniejszych skutków ubocznych. Emil doznał rozległych poparzeń jamy ustnej oraz szyi. Pojawił się ogromny ból, problemy z codziennym funkcjonowaniem oraz bardzo duże osłabienie organizmu. Radioterapia doprowadziła również do drastycznej utraty masy ciała. Mimo że od zakończenia leczenia minął już ponad rok, Emil waży obecnie jedynie 43 kilogramy. Dodatkowo wykonane badania genetyczne wykazały u niego predyspozycje do nowotworzenia, co oznacza znacznie zwiększone ryzyko wystąpienia kolejnych zmian nowotworowych w przyszłości. Dlatego życie Emila nadal pozostaje podporządkowane leczeniu i nieustannej kontroli stanu zdrowia. Regularne wizyty u specjalistów, kosztowne badania diagnostyczne, rehabilitacja, suplementacja oraz dalsze leczenie są dziś niezbędne, by organizm młodego chłopaka mógł stopniowo wracać do sił. Największym wyzwaniem pozostaje jednak ciągła gotowość na ewentualny nawrót choroby. Mimo ogromnego cierpienia Emil nie stracił w sobie determinacji. Nadal marzy o zwyczajnym życiu nastolatka – jeździe na rowerze, spotkaniach z przyjaciółmi czy wspólnym graniu z bratem na konsoli. To właśnie te zwykłe chwile stały się dziś symbolem normalności, o którą tak bardzo walczy. Rodzina Emila każdego dnia robi wszystko, by nie poddać się strachowi i być gotowym do dalszej walki o jego zdrowie. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Emila kwotę 16 022 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu, rehabilitacji oraz codziennym funkcjonowaniu po niezwykle ciężkiej terapii onkologicznej.

Historia Timo od początku była walką o zdrowie. Rodzice chłopca usłyszeli pierwszą dramatyczną diagnozę już wtedy, gdy ich synek miał zaledwie miesiąc. Lekarze rozpoznali u niego zespół Nijmegen – niezwykle rzadką chorobę genetyczną powodującą ciężki niedobór odporności i bardzo wysokie ryzyko rozwoju nowotworów. Od najmłodszych lat życie Timo wyglądało inaczej niż życie innych dzieci. Częste infekcje, konieczność stałej kontroli stanu zdrowia i codzienny lęk rodziców stały się częścią ich rzeczywistości. Mimo choroby chłopiec chodził do przedszkola i próbował funkcjonować jak jego rówieśnicy. Wszystko zmieniło się jednak po wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy rodzina została zmuszona do ucieczki do Polski. Niedługo później wydarzył się kolejny dramat. Pod koniec sierpnia 2023 roku Timo w ciężkim stanie został przewieziony z Lubina do Przylądka Nadziei we Wrocławiu. Trafił bezpośrednio na Oddział Wzmożonego Nadzoru, gdzie rodzice usłyszeli kolejną diagnozę – ostrą białaczkę limfoblastyczną typu T. Rozpoczęła się natychmiastowa walka o życie chłopca. Chemioterapia okazała się dla jego organizmu niezwykle wyniszczająca. Doszło do poważnych skutków ubocznych – poparzenia przełyku, owrzodzenia jamy ustnej oraz rozległych zmian skórnych. Po trzech bardzo ciężkich miesiącach leczenia Timo na krótko wrócił do domu, jednak szybko ponownie trafił do szpitala z powodu kolejnych powikłań. Stan chłopca wielokrotnie wymagał leczenia na Oddziale Wzmożonego Nadzoru. 15 lutego 2024 roku Timo przeszedł przeszczep szpiku od swojej siostry. Choć zabieg dawał ogromną nadzieję, bardzo szybko pojawiły się kolejne komplikacje. Chłopiec zmagał się z graftem jelitowym i skórnym, ciężką grypą oraz koniecznością długotrwałego odżywiania pozajelitowego. Przez wiele dni wymagał również tlenoterapii. Powrót do domu był jedynie początkiem kolejnego etapu walki. Dziś Timo regularnie wraca do Przylądka Nadziei na badania, punkcje lędźwiowe, podawanie chemioterapii, przetoczenia krwi oraz specjalistyczne konsultacje. Niestety organizm chłopca nadal nie funkcjonuje prawidłowo. Własny szpik odbudowuje się zbyt mocno, co może oznaczać konieczność kolejnego przeszczepu. Do problemów onkologicznych dochodzą kolejne wyzwania zdrowotne. Timo zmaga się z niedoczynnością tarczycy, ciężkimi alergiami oraz skutkami zespołu Nijmegen. Lekarze rozpoczęli również diagnostykę w kierunku zaburzeń ze spektrum autyzmu. Wszystkie dodatkowe konsultacje, badania i rehabilitacja są kosztowne i bardzo obciążają budżet rodziny. Mama chłopca nieustannie towarzyszy synowi w leczeniu, a tata pozostaje jedynym żywicielem rodziny. Mimo ogromnego zmęczenia rodzice nie przestają walczyć o przyszłość swojego dziecka. Każda kolejna kontrola i każdy stabilniejszy wynik dają im nadzieję, że Timo będzie mógł odzyskać choć część dzieciństwa odebranego przez chorobę. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Timo kwotę 27 401 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć chłopca w dalszym leczeniu, rehabilitacji oraz codziennej walce z ciężkimi powikłaniami po przeszczepie i chorobie nowotworowej.

Wszystko zaczęło się od siniaków. W połowie października 2025 roku Filip zauważył na swoim ciele liczne ślady, które pojawiały się bez żadnego urazu. Początkowo nic nie wskazywało na poważną chorobę. Nie było gorączki, osłabienia ani innych alarmujących objawów. Mama chłopca postanowiła jednak wykonać kontrolną morfologię. To właśnie ona zmieniła wszystko. Wyniki badań wykazały skrajnie podwyższony poziom leukocytów. Kilka dni później, po konsultacji z lekarzem rodzinnym, Filip został pilnie skierowany do szpitala w Trzebnicy. W tym czasie pojawił się również silny ból w prawej pachwinie, który dodatkowo budził niepokój lekarzy. W sterylnej ciszy szpitalnej sali po raz pierwszy padło podejrzenie białaczki. Jeszcze tego samego dnia Filip został przewieziony karetką do Przylądka Nadziei we Wrocławiu, gdzie rozpoczęła się szczegółowa diagnostyka. Pobranie szpiku kostnego, tomografia komputerowa, badania okulistyczne, kardiologiczne oraz USG całego ciała pozwoliły lekarzom potwierdzić diagnozę. Przewlekła białaczka szpikowa. Dla rodziny był to moment całkowicie zmieniający codzienność. Ból w pachwinie okazał się skutkiem krwiaka uciskającego na nerw, co znacząco utrudniło Filipowi poruszanie się i wymagało dalszych konsultacji chirurgicznych. Lekarze zdecydowali o wdrożeniu leczenia w postaci chemioterapii doustnej, która pozwala ograniczyć część hospitalizacji, ale nadal wymaga stałej kontroli i ogromnej czujności. Życie rodziny nagle zaczęło toczyć się między domem a szpitalem. Każde badanie, każda wizyta i każdy wynik stały się źródłem napięcia oraz niepewności o przyszłość. Choroba dotknęła również młodszą siostrę Filipa, która bardzo przeżywa nagłą zmianę codzienności i lęk o zdrowie brata. Mimo choroby Filip stara się nie tracić siebie. Kocha koszykówkę, gry komputerowe i wypady na quady z kolegami. Interesuje się nauką i marzy o tym, by w przyszłości zostać mechatronikiem. Dziś jednak jego codzienność wygląda zupełnie inaczej. Regularne kontrole, leczenie i skutki choroby sprawiły, że zwykłe życie nastolatka musiało zejść na dalszy plan. Rodzina walczy o to, by Filip mógł wrócić do świata, który jeszcze niedawno wydawał się czymś całkowicie oczywistym. Zebrane środki przeznaczone zostaną na nierefundowane leki, rehabilitację oraz specjalistyczną opiekę medyczną i psychologiczną, która pomoże Filipowi bezpiecznie przejść przez leczenie i odzyskać stabilność po diagnozie. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Filipa kwotę 6 382 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w leczeniu, rehabilitacji oraz codziennej walce o powrót do spokojnej przyszłości.

Wszystko zaczęło się od bólu głowy. Przez wiele dni Marika skarżyła się na silne dolegliwości, które nie ustępowały mimo leków przeciwbólowych. Pojawiła się nadwrażliwość na światło i dźwięki, a mama zauważyła również niepokojąco poszerzone żyły w okolicy lewej skroni. Intuicja podpowiadała jej, że dzieje się coś bardzo złego. 25 kwietnia 2025 roku trzynastoletnia Marika trafiła na SOR w Bolesławcu. Wykonany pilnie rezonans ujawnił ogromny guz mózgu. W ciągu kilku godzin dziewczynka została przetransportowana do Katowic, gdzie rozpoczęła się dramatyczna walka o jej życie. Zaledwie cztery dni później lekarze przeprowadzili ponad ośmiogodzinną operację neurochirurgiczną. Przed zabiegiem mama usłyszała słowa, których żaden rodzic nigdy nie powinien słyszeć – że musi przygotować się również na najgorszy scenariusz. Mimo ogromnego ryzyka operacja zakończyła się powodzeniem. Guz o wielkości dziesięciu centymetrów udało się usunąć w całości. Przez kolejne tygodnie Marika dochodziła do siebie na oddziale neurochirurgii, podczas gdy lekarze prowadzili bardzo szczegółową diagnostykę histopatologiczną. Początkowo rozpoznano wyściółczaka trzeciego stopnia i wdrożono leczenie według dwóch protokołów chemioterapii. Ostateczna diagnoza okazała się jednak jeszcze bardziej dramatyczna. Badania potwierdzone dodatkowo w Bonn i Heidelbergu wykazały atypowy teratoidalny rabdoidalny guz AT/RT – jeden z najrzadszych i najbardziej agresywnych nowotworów mózgu wieku dziecięcego. To oznaczało konieczność rozpoczęcia leczenia praktycznie od początku. Marika przeszła protonoterapię w Krakowie, następnie rozpoczęła intensywną chemioterapię we Wrocławiu. Lekarze już wtedy wiedzieli, że konieczny będzie także przeszczep szpiku kostnego, dlatego pobrano komórki macierzyste. W trakcie leczenia doszło również do kolejnego dramatycznego momentu. Marika przeszła wstrząs septyczny, który doprowadził do pęknięcia drobnej żyłki w mózgu i powstania krwiaka wymagającego pilnej interwencji. Rodzina po raz kolejny stanęła twarzą w twarz z lękiem o życie dziecka. Mimo wszystkich komplikacji Marika nie przestała walczyć. W połowie marca przeszła autoprzeszczep szpiku. Dziś jej organizm bardzo powoli odbudowuje się po wyniszczającym leczeniu. Szpik zaczyna podejmować pracę, jednak na pełną ocenę efektów trzeba będzie jeszcze długo czekać. Obecnie dziewczynka jest żywiona dojelitowo i wymaga stałej opieki oraz dalszego leczenia. Mama Mariki nie pracuje i nie odstępuje córki ani na krok. Całe życie rodziny zostało podporządkowane walce o zdrowie trzynastolatki. Mimo wszystkiego mama podkreśla jedno – największym cudem jest to, że Marika nadal chodzi, rozmawia i zachowała wszystkie funkcje poznawcze. W przypadku tak agresywnego nowotworu to ogromna nadzieja. Przed rodziną wciąż bardzo długa i kosztowna droga. Kolejne etapy leczenia, rehabilitacja, leki, dojazdy do specjalistycznych ośrodków oraz codzienna opieka wymagają ogromnych nakładów finansowych i nieustannej walki o utrzymanie stabilności organizmu dziewczynki. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Mariki kwotę 42 770 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu, rehabilitacji oraz niezwykle wymagającej walce o powrót do zdrowia.

Pierwsze objawy choroby przez długi czas nie wskazywały na poważne zagrożenie. Nawracające infekcje, osłabienie, bóle brzucha i wysypka początkowo były leczone jak typowe dolegliwości wieku dziecięcego. Dopiero badania laboratoryjne wykonane z inicjatywy rodziców ujawniły dramatyczne nieprawidłowości, czyli skrajnie niski poziom hemoglobiny i płytek krwi, które stanowiły bezpośrednie zagrożenie życia. Szymonek został natychmiast hospitalizowany. Pierwsze dni leczenia skoncentrowane były na stabilizacji jego stanu, bowiem konieczne były przetoczenia krwi i płytek oraz szeroka diagnostyka. Badania potwierdziły chorobę nowotworową, a leczenie rozpoczęto od przygotowania organizmu do intensywnej terapii. W kolejnych tygodniach wdrożono chemioterapię, która była wymagającym i obciążającym etapem leczenia. Organizm chłopca reagował na terapię, a mimo trudności udało się osiągnąć najważniejszy cel – całkowitą remisję choroby. To jednak nie oznacza końca leczenia. Szymonek nadal pozostaje pod opieką lekarzy i kontynuuje terapię, która ma utrzymać osiągnięty efekt i zapobiec nawrotowi choroby. Jego organizm jest osłabiony, pojawiają się obrzęki, zaburzenia poziomu białka oraz inne skutki uboczne leczenia, które wymagają dalszej diagnostyki i wsparcia medycznego. Długotrwała hospitalizacja i liczne procedury medyczne mają również wpływ na jego samopoczucie. Chłopiec coraz częściej odczuwa zmęczenie i lęk związany z leczeniem, co jest naturalną reakcją na tak trudne doświadczenia. Codzienność rodziny została całkowicie podporządkowana walce o zdrowie dziecka. Rodzice dzielą swój czas między szpital a dom, starając się zapewnić Szymonkowi jak najwięcej wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Wsparcie było niezwykle ważne, aby umożliwić kontynuację leczenia, pokrycie kosztów terapii oraz zapewnienie chłopcu odpowiednich warunków w trakcie powrotu do zdrowia. Dzięki wspólnej akcji udało się zamknąć zbiórkę Szymonka, przekazując brakującą kwotę 12 234 zł, co pozwoliło zabezpieczyć jego dalsze leczenie i spokojniejsze przejście przez kolejne etapy terapii.