Najpierw pojawił się niewielki dyskomfort w okolicy szyi. Sztywność karku, ból i ograniczenie ruchu głowy wydawały się czymś przejściowym – objawem przemęczenia lub napięcia. Nic nie wskazywało jeszcze na dramat, który miał nadejść. Z czasem jednak organizm Karoliny zaczął wysyłać coraz bardziej niepokojące sygnały. Pojawiły się powiększone węzły chłonne, obrzęk oraz nasilający się ból, którego nie dało się już ignorować. 6 września Karolina trafiła do szpitala w Pleszewie, gdzie pobrano wycinek węzła chłonnego do badań histopatologicznych. Wyniki okazały się druzgocące i rozpoznano złośliwego chłoniaka T-komórkowego. To jednak nie był koniec dramatycznych informacji. Chwilę później lekarze postawili kolejną diagnozę, czyli ostrą białaczkę limfoblastyczną. Dwa nowotwory jednocześnie. Dwie ciężkie choroby, które w jednej chwili odebrały Karolinie poczucie bezpieczeństwa i całkowicie zmieniły jej życie. Leczenie kontynuowano we Wrocławiu. Pierwszym krokiem było ustabilizowanie pracy wątroby i przygotowanie organizmu do bardzo intensywnej terapii. Następnie rozpoczęła się chemioterapia. Najtrudniejszym etapem okazała się tzw. czerwona chemia – jedna z najbardziej obciążających form leczenia onkologicznego. Karolina przyjmuje ją w cotygodniowych cyklach, a każdy kolejny wlew oznacza ogromne wyczerpanie organizmu, osłabienie, utratę apetytu oraz ciągłe zmaganie się z bólem i lękiem. Mimo ogromnego zmęczenia Karolina nie traci determinacji. Wciąż myśli o powrocie do zwyczajnego życia, za którym bardzo tęskni. Brakuje jej codziennych rozmów, spotkań z bliskimi i prostych chwil, które przed chorobą wydawały się oczywiste. Od wielu tygodni jej codzienność wyznaczają szpitalne sale, badania i kolejne etapy terapii. Najbliżsi odwiedzają ją tak często, jak tylko mogą, jednak między krótkimi spotkaniami pozostaje samotność i tęsknota za domem. Dla Karoliny dom stał się dziś symbolem wszystkiego, co choroba na chwilę odebrała – spokoju, bezpieczeństwa i normalności, do której tak bardzo chce wrócić. Ta walka wymaga ogromnej siły psychicznej, fizycznej i wsparcia ludzi o wielkich sercach. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu udało się przekazać na rzecz Karoliny kwotę 55 380 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu oraz codziennej walce o odzyskanie zdrowia i życia sprzed choroby.
Historia Basi rozpoczęła się nagle, w nocy z 21 na 22 stycznia. Dziewczynka zaczęła skarżyć się na bardzo silny ból brzucha. Kilkanaście godzin wcześniej lekarz podejrzewał jedynie początek kolejnej infekcji, dlatego początkowo nic nie wskazywało na dramatyczny rozwój wydarzeń. Ból jednak nie ustępował. Kolejne badania wykonane następnego dnia wykazały powiększenie wątroby i śledziony oraz bardzo wysokie parametry stanu zapalnego. Basia została skierowana do szpitala, gdzie sytuacja zaczęła rozwijać się błyskawicznie. Wyniki morfologii okazały się bardzo niepokojące. Konieczne było pilne przetoczenie krwi, a jeszcze tego samego dnia dziewczynka została przewieziona do Przylądka Nadziei we Wrocławiu. Tam rozpoczęła się szczegółowa diagnostyka, która przyniosła najtrudniejszą odpowiedź – ostrą białaczkę limfoblastyczną typu B. Pod koniec stycznia Basia rozpoczęła intensywne leczenie na Oddziale Wzmożonego Nadzoru. Chemioterapia od początku była ogromnym obciążeniem dla organizmu małej dziewczynki. Po pierwszym protokole pojawiła się chwila nadziei i przeniesienie na oddział Hematologii, jednak bardzo szybko doszło do poważnych komplikacji. Zakażenie cewnika Broviac doprowadziło do sepsy i ponownego pobytu na oddziale intensywnego nadzoru. Lekarze musieli walczyć nie tylko z chorobą nowotworową, ale również z groźnym zakażeniem. Dzięki szybkiej reakcji udało się opanować sytuację, jednak kolejne tygodnie leczenia ponownie przyniosły komplikacje związane z zakażeniem wkłucia centralnego. Dziś codzienność Basi i jej mamy to przede wszystkim szpitalna sala, izolacja i długie miesiące leczenia. Dziewczynka bardzo tęskni za normalnym dzieciństwem, przedszkolem, przyjaciółmi i swoim trzyletnim braciszkiem Piotrusiem. Mimo trudnych doświadczeń Basia nadal pozostaje pełną wrażliwości i dziecięcej radości dziewczynką. Uwielbia rysować, wycinać i tworzyć kolorowe bransoletki. Nawet w szpitalnej rzeczywistości stara się zachować swoją małą iskierkę uśmiechu i kreatywności. Cała rodzina podporządkowała życie leczeniu Basi. Rodzice ograniczyli pracę, a najważniejszym celem stał się powrót córeczki do zdrowia. Ogromnym wsparciem są również bliscy, przyjaciele i sąsiedzi, którzy pomagają rodzinie przetrwać ten niezwykle trudny czas. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Basi kwotę 2 035 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu oraz codziennej walce o powrót do zdrowia.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej życie Julii wyglądało zupełnie inaczej. Sport, aktywność, codzienne obowiązki i plany na przyszłość były czymś naturalnym. Wszystko zaczęło zmieniać się bardzo powoli i niemal niezauważalnie. Najpierw pojawiły się bóle piszczeli i coraz większe zmęczenie. Wyniki sportowe zaczęły wyraźnie spadać, ale nic nie wskazywało jeszcze na chorobę nowotworową. Dopiero kolejne badania krwi pokazały, że organizm Julii dzieje się coś bardzo poważnego. 3 października padła diagnoza: ostra białaczka limfoblastyczna. Choroba była już bardzo zaawansowana, bowiem komórki nowotworowe stanowiły aż 99,5% szpiku. Kilka dni później Julia rozpoczęła intensywne leczenie. Pierwsze dwa miesiące spędziła nieprzerwanie w szpitalu, gdzie wdrożono agresywną terapię przeciwnowotworową opartą na wielolekowych cyklach chemioterapii. Organizm od początku reagował bardzo ciężko. Pojawiła się głęboka cytopenia, a leczenie dodatkowo skomplikował pourazowy krwiak nadtwardówkowy, który wymusił zmiany w terapii i przesunięcie części procedur medycznych. W trakcie leczenia Julia przeszła również zakażenie COVID-19, co jeszcze bardziej osłabiło jej organizm. Dziś znajduje się na etapie drugiej konsolidacji leczenia według protokołu PALG ALL7 <55 r.ż. Ph(-). To jeden z najbardziej wyczerpujących etapów terapii. Ostatnie tygodnie przyniosły kolejne komplikacje – powikłania po nakłuciu lędźwiowym oraz bardzo silną reakcję organizmu na chemioterapię. Największym zagrożeniem pozostaje obecnie bardzo niska odporność. Nawet drobne infekcje mogą stanowić realne niebezpieczeństwo i znacząco komplikować leczenie. Wyniki krwi wciąż nie odbudowują się prawidłowo, dlatego Julia wymaga stałej kontroli, licznych przetoczeń krwi i płytek oraz intensywnego wsparcia farmakologicznego. W ciągu ostatnich miesięcy szpital stał się jej codziennością. Łącznie spędziła tam już ponad trzy miesiące tylko w tym roku. Za nią 28 podań chemioterapii, dziesiątki kroplówek, antybiotyków, sterydów i niezliczona liczba procedur medycznych. Choroba całkowicie zmieniła także życie jej najbliższych. Julia musiała zrezygnować z pracy i wrócić do domu rodzinnego. Z dnia na dzień świat skurczył się do leczenia, kontroli wyników i oczekiwania na kolejne etapy terapii. Mimo ogromnego wyczerpania Julia każdego dnia walczy o odzyskanie zdrowia i możliwość powrotu do normalnego życia. Wsparcie ludzi stało się dla niej ogromnym źródłem siły w najtrudniejszych momentach tej drogi. Dzięki wspólnej akcji udało się przekazać na rzecz Julii kwotę 14 625 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i wesprzeć ją w dalszym leczeniu oraz codziennej walce o powrót do zdrowia.
Historia Maćka zaczęła się bardzo niepozornie. Początek 2025 roku wyglądał jak wiele innych zimowych miesięcy. Pojawiły się objawy przypominające zwykłą infekcję, dlatego rodzina udała się do lekarza, który wdrożył antybiotykoterapię. Mimo leczenia ból nie ustępował. Z dnia na dzień stawał się coraz bardziej uporczywy i niepokojący. Kolejna konsultacja lekarska zmieniła wszystko. Podczas badania lekarz zauważył guz po lewej stronie gardła i natychmiast skierował Maćka na dalszą diagnostykę. Diagnoza przyszła kilka miesięcy później i była ogromnym ciosem dla całej rodziny. U Maćka rozpoznano Sarcoma synoviale, czyli mięsaka maziówkowego, rzadki i złośliwy nowotwór. Od tego momentu codzienność nastolatka i jego mamy całkowicie się zmieniła. Rozpoczęła się walka o zdrowie i życie chłopca. Maciek przeszedł operację oraz kolejne cykle chemioterapii, które bardzo obciążają jego organizm. Leczenie powoduje ogromne osłabienie, problemy z siłami oraz liczne skutki uboczne. Na początku stycznia konieczne było wykonanie gastrostomii odżywczej, dzięki której możliwe stało się podawanie leków oraz odpowiednie żywienie z pominięciem chorego gardła. Dodatkowym wyzwaniem pozostaje niedokrwistość i anemia, z którymi organizm Maćka musi mierzyć się równolegle z leczeniem onkologicznym. Choroba zatrzymała jego dotychczasowe życie. Maciek nie chodzi obecnie do szkoły i bardzo tęskni za codziennością, którą jeszcze niedawno uważał za coś oczywistego. Brakuje mu spotkań z przyjaciółmi, zwykłych rozmów i wspólnego spędzania czasu. Największą pasją chłopca jest piłka nożna. Przed chorobą często spotykał się ze znajomymi na boisku, a sport dawał mu ogromną radość i poczucie wolności. Dziś mecze ogląda głównie z domu lub szpitalnej sali, marząc o momencie, w którym znów będzie mógł wrócić do aktywności i normalnego życia. Przy Maćku nieustannie czuwa mama, która dzieli codzienność między domem a szpitalem. Leczenie stało się dla rodziny ogromnym obciążeniem emocjonalnym, organizacyjnym i finansowym. Każdy kolejny etap terapii wymaga siły, wytrwałości i wsparcia ludzi o dobrych sercach. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Maćka kwotę 28 030 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu oraz codziennej walce o powrót do zdrowia.
Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie. Po powrocie z zagranicznych wakacji Mikołaj zaczął kaszleć. Początkowo nikt nie widział w tym nic niepokojącego. Z czasem pojawił się również uporczywy świąd skóry, jednak objawy nadal bardziej przypominały alergię niż poważną chorobę. Życie siedemnastolatka toczyło się normalnie. Szkoła, treningi piłkarskie, spotkania ze znajomymi i codzienność pełna planów oraz sportowych emocji nie wskazywały na to, że w organizmie rozwija się nowotwór. Przez długi czas nic nie układało się w jeden, wyraźny obraz choroby. Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec 2025 roku. Kaszel stawał się coraz bardziej męczący, pojawiło się wyraźne osłabienie, a kolejne infekcje przebiegały ciężej niż wcześniej. Leczenie nie przynosiło poprawy. Lekarze zaczęli podejrzewać astmę. W lutym wykonano badanie RTG. To właśnie wtedy świat rodziny zatrzymał się na moment. Wieczorem rodzice usłyszeli wstępną diagnozę – chłoniak. Kilka dni później biopsja potwierdziła rozpoznanie. Chłoniak Hodgkina. Od tego momentu wszystko podporządkowane zostało leczeniu. Marzec nie był już zwykłym miesiącem. Szpitalne sale, badania i pierwsza chemioterapia stały się nową codziennością Mikołaja i jego najbliższych. Każdy dzień przynosi napięcie, oczekiwanie i strach przed tym, co pokażą kolejne wyniki. Obecnie kluczowe znaczenie mają wyniki badania PET, które zdecydują o dalszym przebiegu terapii oraz kolejnych etapach leczenia. Przy Mikołaju każdego dnia czuwa mama. W domu zostali jego młodsi bracia oraz tata, który próbuje połączyć pracę zawodową z opieką nad rodziną i codziennymi obowiązkami. Dodatkowym obciążeniem okazała się bardzo trudna sytuacja zawodowa mamy, której miejsce pracy znajduje się w trakcie upadłości. Jeszcze niedawno największymi emocjami Mikołaja były treningi piłkarskie, mecze ukochanego Arsenalu i czas spędzany z przyjaciółmi. Dziś jego rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Zamiast boiska jest szpitalna sala. Zamiast planów na kolejny trening, walka o zdrowie i odzyskanie sił po leczeniu. Mimo ogromnego lęku i niepewności Mikołaj nie traci nadziei, że jeszcze wróci do świata, który kochał najbardziej – pełnego sportu, ruchu i zwyczajnej młodzieńczej codzienności. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Mikołaja kwotę 31 540 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu, diagnostyce oraz codziennym funkcjonowaniu w trakcie terapii onkologicznej.
Jeszcze jesienią 2024 roku nic nie zapowiadało, że życie Weroniki zmieni się tak dramatycznie. Wszystko wydarzyło się nagle. 14 października dziewczyna była tak osłabiona, że nie miała siły wstać z łóżka. Chwilę później zemdlała. Organizm z każdą godziną słabł coraz bardziej, a pilne badania krwi pokazały coś, co natychmiast postawiło lekarzy w stan najwyższej gotowości – poziom hemoglobiny spadł do wartości zagrażającej życiu. Rozpoczęła się dramatyczna walka o stabilizację jej stanu. Weronika została pilnie przetransportowana do szpitala w Jeleniej Górze, gdzie rozpoczęto transfuzje krwi. Mimo kolejnych podań parametry nie poprawiały się tak, jak powinny. Lekarze szukali odpowiedzi, jednak kolejne diagnozy okazywały się błędne lub niepełne. Początkowo podejrzewano małopłytkowość, później anemię aplastyczną. Dopiero biopsja szpiku wykonana w Przylądku Nadziei przyniosła prawdziwą odpowiedź. Trzy godziny po badaniu rodzina usłyszała diagnozę: ostra białaczka limfoblastyczna. Świat Weroniki zatrzymał się w jednej chwili. Rozpoczęto klasyczną chemioterapię, która miała zatrzymać rozwój choroby. Niestety organizm dziewczyny nie reagował na leczenie tak, jak oczekiwali lekarze. Kolejne tygodnie przynosiły ogromny stres i coraz większą niepewność. Wtedy pojawiła się decyzja o wdrożeniu immunoterapii lekiem Blincyto. To właśnie ta terapia okazała się dla Weroniki ogromną szansą. Po miesiącach walki pojawiły się pierwsze dobre informacje, gdyż leczenie zaczęło działać. Obecnie Weronika kończy ostatnią czterotygodniową dawkę immunoterapii, jednak to nadal nie jest koniec leczenia. Już w sierpniu wróci na oddział, gdzie rozpocznie kolejne trzy bardzo intensywne protokoły terapeutyczne. Każdy z nich będzie trwał niemal miesiąc i oznacza kolejne tygodnie spędzone w szpitalu. Jej codzienność to dziś nieustanne dojazdy do Przylądka Nadziei, badania, oczekiwanie na wyniki oraz ogromny wysiłek organizmu, który od miesięcy walczy o odzyskanie równowagi. Choroba zmieniła wszystko. Zwykłe życie zostało zastąpione rytmem wyznaczanym przez kolejne etapy leczenia, reakcje organizmu i szpitalne procedury. Każdy dzień przynosi nowe emocje – od nadziei po ogromny strach o przyszłość. Mimo tego Weronika nie przestaje walczyć. Leczenie wymaga od niej ogromnej siły psychicznej i fizycznej, ale pojawiające się efekty immunoterapii dają rodzinie nadzieję, że ta droga prowadzi w stronę zdrowia. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Weroniki kwotę 42 840 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu, dojazdach do szpitala oraz codziennych kosztach związanych z wielomiesięczną terapią onkologiczną.
Jeszcze wiosną 2024 roku Julia była zwyczajną nastolatką. Lubiła malować, oglądać filmy i spędzać czas z przyjaciółmi. Jej codzienność była pełna planów, swobody i młodzieńczej beztroski. Wszystko zmieniło się 25 maja 2024 roku. Tego dnia padła diagnoza: ostra białaczka limfoblastyczna typu T. Świat Julii i jej mamy skurczył się do szpitalnej sali w Przylądku Nadziei. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Intensywna chemioterapia, pobyty na Oddziale Wzmożonego Nadzoru, ogrom leków i procedur medycznych bardzo szybko stały się nową codziennością nastolatki. Julia od początku walczyła z ogromną determinacją, choć leczenie było dla jej organizmu niezwykle wyniszczające. Kolejne miesiące przyniosły dramatyczne komplikacje. Podczas trzeciego protokołu chemioterapii stan Julii został określony jako zagrażający życiu. Choroba zaatakowała układ nerwowy, powodując nacieki na mózgu i prowadząc do skrajnego osłabienia organizmu. Lekarze byli zmuszeni przerwać leczenie. Początek 2025 roku przyniósł chwilę nadziei. Udało się uzyskać remisję choroby i wdrożyć wcześniejsze leczenie podtrzymujące. Rodzina uwierzyła, że najtrudniejszy etap może być już za nimi. Niestety skutki terapii okazały się dramatyczne. Chemioterapia i radioterapia doprowadziły do szybko postępującej martwicy kości. Konieczna była operacja kolana, a kolejne zabiegi obejmujące oba biodra i drugie kolano pozostają jedynie kwestią czasu. Dziś Julia nie porusza się samodzielnie. Korzysta z kul oraz wózka inwalidzkiego. Każdy dzień wymaga intensywnej rehabilitacji, ogromnej cierpliwości i walki o zachowanie choć części sprawności. Leczenie pozostawiło również poważne problemy z nerkami i nadnerczami, dlatego Julia znajduje się pod stałą opieką nefrologów i endokrynologów. To już nie jest wyłącznie walka z białaczką. To codzienne zmaganie z konsekwencjami leczenia, które uratowało życie, ale pozostawiło po sobie ogromne spustoszenie w organizmie młodej dziewczyny. Każdy kolejny tydzień przynosi nowe konsultacje, rehabilitację, kosztowne leki, sprzęt medyczny i kolejne hospitalizacje. Mimo tego Julia się nie poddaje. Wciąż walczy o odzyskanie sprawności, o powrót do życia poza szpitalnymi ścianami i o moment, w którym znów będzie mogła poczuć się zwyczajną nastolatką. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Julii kwotę 13 081 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć ją w dalszym leczeniu, rehabilitacji oraz codziennej walce o odzyskanie sprawności po dramatycznych skutkach terapii onkologicznej.
Po wakacjach Michał zaczął bardzo szybko tracić na wadze. Pojawiły się mdłości, osłabienie i brak sił, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej widoczne. Rodzina przeczuwała, że dzieje się coś poważnego, choć nikt nie spodziewał się diagnozy, która za chwilę miała całkowicie zmienić ich życie. Podczas pobytu na oddziale hematologicznym w Gdańsku lekarze przeprowadzili szczegółowe badania. Diagnoza była druzgocąca – ostra białaczka szpikowa z zespołem mielodysplastycznym. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Chemioterapia bardzo mocno obciążyła organizm Michała. Pojawiły się bolesne afty, ogromne osłabienie i skutki uboczne, które momentami odbierały mu możliwość normalnego funkcjonowania. Bywały dni, gdy nie miał siły nawet wstać z łóżka. Dodatkowe badania wykazały mutacje genetyczne, które zmieniły plan leczenia i wymagały przeprowadzenia przeszczepu haploidentycznego. Dawcą został brat Michała. Najtrudniejszy etap walki chłopak ma już za sobą. Przeszczep się udał, jednak organizm nadal jest bardzo osłabiony i wymaga dalszego leczenia oraz stałej kontroli specjalistów. Michał marzy dziś przede wszystkim o powrocie do zwyczajnego życia — spotkań z bliskimi, snowboardu i codzienności bez szpitalnych sal. Ogromną pasją Michała są szachy. Potrafi przewidywać ruchy przeciwnika kilka kroków naprzód, nawet grając z zamkniętymi oczami. Dziś jednak rozgrywa najtrudniejszą partię swojego życia. Za jego walką stoi cała rodzina. W domu czeka na niego pięcioro rodzeństwa, które każdego dnia przeżywa tę chorobę razem z nim. Codzienność najbliższych podporządkowana została leczeniu, wyjazdom do szpitala i nieustannej nadziei, że najgorsze już za nimi. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Michała kwotę 12 671 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu oraz powrocie do zdrowia po przeszczepie szpiku.
Jeszcze na początku sierpnia wszystko wyglądało zwyczajnie. Lato, place zabaw, dziecięcy śmiech i dni, które powinny być pełne beztroski. Wśród bawiących się dzieci coraz częściej brakowało jednak Nadii. Czteroletnia dziewczynka stawała się coraz słabsza, cichsza i coraz częściej skarżyła się na ból rączek. Rodzice początkowo wierzyli, że to zwykła infekcja. Wieczorem pojawiła się wysoka gorączka, później silny kaszel. Lekarz rodzinny rozpoznał ostre zapalenie krtani i wdrożył antybiotykoterapię. Mijały jednak kolejne dni, a stan Nadii nie poprawiał się ani trochę. Rodzice zdecydowali, że nie mogą dłużej czekać. W szpitalu w Człuchowie wykonano badania, które momentalnie zmieniły wszystko. Wyniki morfologii były dramatyczne – bardzo niska hemoglobina, skrajnie obniżone płytki krwi i wysokie wskaźniki stanu zapalnego wskazywały, że organizm dziewczynki walczy z czymś znacznie poważniejszym. Rozpoczęła się pilna walka z czasem. Po wielu konsultacjach i oczekiwaniu na transport Nadia została przewieziona do Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii w Gdańsku. To właśnie tam rodzice usłyszeli diagnozę, która rozdarła ich świat na pół. Ostra białaczka limfoblastyczna. Leczenie rozpoczęło się natychmiast. Sterydoterapia, pierwsze cykle chemioterapii oraz kolejne procedury medyczne bardzo szybko stały się codziennością czteroletniej dziewczynki. Terapia prowadzona jest według protokołu AIEOP BFM ALL 2017 i potrwa minimum dwa lata. Dwa lata walki o życie, zdrowie i dzieciństwo. Każdy dzień oznacza dziś dla Nadii pobyty pod kroplówkami, badania, skutki uboczne leczenia oraz ogromne osłabienie organizmu. Choroba odebrała jej zwyczajną codzienność i zmieniła dziecięcy świat w przestrzeń szpitalnych sal, leków i nieustannego lęku. Choruje jednak cała rodzina. Mama nie opuszcza córki i przebywa z nią w szpitalu, podczas gdy tata opiekuje się dwoma starszymi synami, siedmioletnim Bryanem i sześcioletnim Maxem, którzy pozostali w Człuchowie. Chłopcy wiedzą tylko tyle, że ich siostrzyczka jest bardzo chora i długo nie wróci do domu. Każda podróż taty do Gdańska to wiele godzin drogi, a codzienność rodziny podporządkowana została wyłącznie leczeniu Nadii oraz próbom utrzymania choć odrobiny stabilności. Mama pozostaje bez pracy, zajmując się dziećmi i opieką nad Nadią. Tata, który jest żołnierzem, został jedynym żywicielem rodziny. Tymczasem koszty leczenia, dojazdów, rehabilitacji oraz codziennych potrzeb stale rosną. Najbliżsi Nadii robią wszystko, aby dziewczynka mogła przejść przez terapię bez dodatkowych przeszkód i z poczuciem bezpieczeństwa, którego dziś tak bardzo potrzebuje. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Nadii kwotę 8 374 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć rodzinę w codziennej walce o zdrowie oraz spokojniejsze dzieciństwo dziewczynki.
Jeszcze wiosną 2025 roku życie Maćka wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać życie siedemnastolatka. Końcówka roku szkolnego, coraz cieplejsze dni, spotkania z przyjaciółmi i plany na wakacje. Nic nie wskazywało na to, że za kilka miesięcy jego codzienność zamieni się w walkę o życie. Pierwsze objawy pojawiły się w kwietniu. Ból oraz obrzęk lewego jądra początkowo nie wzbudzały ogromnego niepokoju. Diagnoza mówiła o wodniaku, dlatego rodzina próbowała wrócić do normalności i uwierzyć, że problem nie jest poważny. Latem wszystko zmieniło się ponownie. Ból wrócił ze zdwojoną siłą. Stał się uporczywy, trudny do wytrzymania, a dodatkowo pojawił się krwiomocz. Był to moment, w którym stało się jasne, że organizm Maćka walczy z czymś znacznie poważniejszym. We wrześniu 2025 roku chłopak trafił do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, gdzie rozpoczęła się pilna diagnostyka. Kilka dni później padła diagnoza, która zatrzymała świat całej rodziny. Mięśniakomięsak prążkowanokomórkowy jądra z miejscowo zaawansowanym naciekiem – rzadki i bardzo agresywny nowotwór złośliwy. Od tego momentu wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Maciek przeszedł biopsję guza, trepanobiopsję szpiku, cystoskopię oraz zabiegi związane z założeniem portu naczyniowego i cewnika. Nowotwór naciekał lewy moczowód, powodując blokadę odpływu moczu z nerki, dlatego konieczna była jego amputacja. Lekarze zakwalifikowali Maćka do grupy bardzo wysokiego ryzyka. Rozpoczęto intensywną chemioterapię ratunkową w schemacie VCR + DOXO – terapię niezwykle obciążającą dla organizmu, ale dającą szansę na zatrzymanie choroby. Leczenie bardzo szybko odbiło się na stanie zdrowia chłopca. Pojawiły się wysokie gorączki, głębokie spadki parametrów krwi, bolesne owrzodzenia jamy ustnej oraz ogromne osłabienie organizmu. Zdarzały się momenty, gdy Maciek nie był w stanie samodzielnie jeść i konieczne było żywienie pozajelitowe. Wielokrotnie potrzebował także przetoczeń krwi. Każdy dzień podporządkowany jest dziś leczeniu i wynikom badań. Rezonans głowy nie wykazał zmian nowotworowych, jednak tomografia klatki piersiowej ujawniła drobne guzki w obu płucach, które pozostają pod stałą kontrolą lekarzy. W planach znajduje się operacja usunięcia guza oraz chorego jądra wraz z wszczepieniem implantu, a następnie radioterapia. Równolegle próbka nowotworu została wysłana do Niemiec na specjalistyczne badania genetyczne, które mają pomóc dobrać terapię celowaną – bardziej precyzyjną i mniej wyniszczającą dla organizmu. Za tą walką stoi również ogromny ciężar codzienności. Mama Maćka od trzynastu lat samotnie wychowuje dzieci. Ojciec chłopca zmarł, gdy syn miał zaledwie cztery lata. Dziś to właśnie ona nieustannie czuwa przy szpitalnym łóżku, wspiera syna podczas kolejnych cykli leczenia i próbuje odnaleźć siłę w rzeczywistości pełnej lęku oraz niepewności. Zrezygnowała z pracy, aby być przy Maćku przez całą dobę. Choć wspierają ją dwie dorosłe córki, codzienność tej rodziny podporządkowana została wyłącznie walce o zdrowie chłopca. Maciek marzy dziś o rzeczach, które jeszcze niedawno były zupełnie zwyczajne – o powrocie do domu bez świadomości kolejnej hospitalizacji, o spotkaniu z przyjaciółmi, o spokojnym życiu bez bólu i strachu. Dzięki wspólnej akcji przekazano na rzecz Maćka kwotę 43 364 zł, co pozwoliło zamknąć zbiórkę i realnie wesprzeć go w dalszym leczeniu, diagnostyce genetycznej oraz niezwykle wymagającej walce o powrót do zdrowia.