Na początku maja rodzice zauważyli, że Alicja, skupiając wzrok na przedmiotach, zaczęła przekrzywiać główkę w lewą stronę i patrzeć w nietypowy sposób. Początkowo zdarzało się to sporadycznie, z czasem jednak takich momentów było coraz więcej. Niedługo później zaczęło uciekać jej prawe oczko, a kolejne dni przynosiły następne niepokojące sygnały. Kiedy pojawił się ból głowy, rodzice wiedzieli już, że nie mogą dłużej czekać, gdyż rodzicielska intuicja podpowiadała im, że dzieje się coś, czego bardzo chcieliby się nie bać. Tomografia wykonana na SOR-ze nie wykazała nieprawidłowości, więc następnego dnia rodzina została przewieziona do Poznania, gdzie rozpoczęła się dalsza diagnostyka. Przyszły kolejne badania, konsultacje i długie godziny oczekiwania. Każdy wynik, który nie przynosił odpowiedzi, na chwilę dawał ulgę, by zaraz potem pozostawić jeszcze więcej pytań. Badanie okulistyczne nie wykazało nieprawidłowości, nakłucie lędźwiowe również nie wyjaśniło przyczyny objawów. Na odpowiedź rodzina czekała dziewięć dni, jedne z najdłuższych w życiu. 27 maja wykonano rezonans magnetyczny i to wtedy bliscy dowiedzieli się, z czym mierzy się ich córeczka: złośliwy nowotwór pnia mózgu. Rodzice nie pamiętają już wielu słów, które padły tamtego dnia. Pamiętają za to uczucie, jakby grunt usuwał się spod nóg. Jeszcze chwilę wcześniej żyli zwyczajnym życiem, które jak większość ludzi, traktowali jako coś oczywistego i dopiero wtedy zrozumieli, jak bardzo będzie im go brakowało. W jednej chwili wszystko, co wydawało się ważne, straciło znaczenie. Praca, obowiązki i codzienne sprawy odsunęły się na dalszy plan, a pozostała tylko Alicja i ogromne pragnienie, by zrobić wszystko, co możliwe, aby ją uratować. 4 czerwca lekarze wszczepili Alicji port naczyniowy, a kilkanaście dni później rozpoczęła się radioterapia – przed dziewczynką zaplanowano trzydzieści cykli leczenia. Od poniedziałku do piątku rodzina mieszka w szpitalu oddalonym od domu o 241 kilometrów, a na weekend wraca do domu, próbując odzyskać choć namiastkę normalności. Najtrudniejsze są powroty na oddział, bo Alicja bardzo przeżywa każdą kolejną podróż do szpitala, gdyż towarzyszy jej lęk, płacz i napięcie, których nie da się ukoić samą obecnością. Jako rodzice chcieliby zabrać ten strach na siebie i ochronić córkę przed bólem, niepewnością i wszystkim, co wiąże się z leczeniem; patrzą jednak, jak szuka w nich poczucia bezpieczeństwa i muszą prowadzić ją przez kolejne etapy terapii, wiedząc, że właśnie tego wymaga jej zdrowie. To jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakich przyszło im doświadczyć, a mimo własnego lęku o przyszłość starają się nie tracić nadziei. Dzięki wspólnej akcji udało się pokryć brakujące do celu 25 465 zł – kwotę, która realnie odciąża rodzinę w czasie podzielonym między odległy szpital a dom i pozwala jej skupić wszystkie siły na tym, co najważniejsze: na prowadzeniu Alicji przez kolejne cykle leczenia. To wsparcie, dzięki któremu rodzice mogą z większym spokojem towarzyszyć córeczce w jej walce, gotowi, jak sami mówią, zrobić dla niej wszystko.