Na początku marca niepokój rodziców wzbudziły wzmożona potliwość Milanka i stale wzdęty brzuszek. Milan jest ich jedynym dzieckiem, dlatego od pierwszych dni jego życia każdy sygnał płynący z jego ciała odczytywali z ogromną uważnością. Chcieli wierzyć, że to nic poważnego, że wystarczy konsultacja, badanie wykonane dla spokoju i wrócą do domu z ulgą. Tymczasem z każdym dniem niepokój stawał się coraz trudniejszy do uciszenia. Konsultacja lekarska, badanie „dla spokoju” i nagle cały ich świat runął pod ciężarem diagnozy: neuroblastoma, niezróżnicowany typ nowotworu – agresywny, jeden z najtrudniejszych, a do tego obecny w ciele kilkumiesięcznego dziecka. Badanie USG ujawniło guz w obrębie lewego nadnercza, jednak choroba była już rozsiana. W jednej chwili świat synka i jego rodziców przeniósł się do szpitalnej rzeczywistości, w której z każdej strony padały słowa, których nigdy nie powinno być tak blisko początku życia. Milan przeszedł biopsję guza, założenie wejścia centralnego oraz dwie biopsje szpiku kostnego. Biopsja guza pozwoliła określić typ nowotworu i jego cechy genetyczne. Pierwsze badanie szpiku nie wykazało nieprawidłowości, jednak druga biopsja przyniosła wynik, którego nie można było jednoznacznie zinterpretować. Na ten moment nie wiadomo jeszcze, czy zaobserwowane zmiany oznaczają przerzut, czy uszkodzenie szpiku wywołane chemioterapią. Za chłopcem jest już sześć cykli chemioterapii. Pierwsze cztery znosił całkiem dobrze, a rodzice trzymali się tego z całych sił, bo każdy dobrze przyjęty cykl dawał poczucie, że jego mały organizm walczy. Ostatnie dwa były już znacznie trudniejsze, gdyż pojawiły się większe dolegliwości bólowe, wymioty i brak apetytu, przez co konieczne było założenie sondy, a dodatkowym obciążeniem jest nadciśnienie wtórne, wymagające stałej kontroli. Rodzina jest po scyntygrafii MIBG, wykonanej po to, by porównać aktualny obraz choroby z pierwszym badaniem i ocenić, czy nowotwór się cofa, zatrzymał, czy postępuje. Na tym etapie nie znają jeszcze pełnej odpowiedzi. Wyniki badań obrazowych pozwolą zakwalifikować Milanka do dalszego protokołu leczenia, a dopiero wtedy będzie można rozmawiać z lekarzami o kolejnych decyzjach, także o ewentualnych terapiach zagranicznych i leczeniu przeciwko wznowie. Najtrudniejsze jest właśnie życie w zawieszeniu, bowiem rodzice chcieliby znać plan i wiedzieć, co wydarzy się za miesiąc czy za pół roku, a na razie pozostaje im czekać, ufać lekarzom i robić wszystko, co możliwe, aby Milan był bezpieczny. Rodzina żyje dziś zamknięta pomiędzy domem a szpitalem. Na zewnątrz próbują zachować spokój, a jako rodzice, choć zrozpaczeni, wiedzą, że muszą być przy Milanku i dają mu to, co mogą podarować w tej sytuacji: czułość, bliskość i stałą obecność, aby czuł się bezpiecznie. Na ten moment mogą być przy synku razem. Mama przebywa na urlopie macierzyńskim, a tata zaplanował dłuższe wolne do końca września. Później trudno im sobie wyobrazić, jak pogodzą pracę z ciągłymi wyjazdami, hospitalizacjami i opieką nad tak małym dzieckiem. Środki ze zbiórki pomogą pokryć koszty leków nierefundowanych, rehabilitacji, opieki specjalistycznej związanej z możliwymi powikłaniami oraz tych wydatków, które w trakcie choroby pojawiają się nagle. Dzięki wspólnej akcji udało się pokryć brakujące do celu 49 810 zł, kwotę, która realnie wspiera bieżące leczenie Milanka i zabezpiecza rodzinę na wypadek dalszych, nierefundowanych terapii. To wsparcie, które pozwala rodzicom z większym spokojem przeprowadzać synka przez leczenie i pielęgnować to, o czym marzą dla niego najbardziej, czyli spokojne dzieciństwo i zwyczajność inną niż ta szpitalna.