Kiedy Marcelinka trafiła na oddział onkologiczny, w obu jej nerkach znajdowały się ogromne guzy. Pierwszym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego, był powiększony brzuszek, a po włączeniu antybiotykoterapii guz stał się na nim wyraźnie widoczny. Niemal natychmiast rozpoczęła się diagnostyka i leczenie. Kolejne wyniki odsłaniały obraz, którego rodzice nie byli w stanie sobie wcześniej wyobrazić. Zmiana po prawej stronie miała około 11 centymetrów w największym wymiarze, a po lewej około 8, a Marcelinka miała wtedy zaledwie kilka miesięcy.
Dziewczynka rozpoczęła leczenie zgodnie z protokołem dla obustronnego guza Wilmsa. Najpierw otrzymała cztery dawki chemioterapii, a rodzice czekali na badania z nadzieją, że guzy zaczną się zmniejszać. Tak się jednak nie stało. Włączono silniejszy schemat, ale po kolejnych dwóch podaniach również nie uzyskano oczekiwanego efektu, a guzy po obu stronach powiększyły się o około centymetr. Późniejsze badanie histopatologiczne wykazało guza Wilmsa o typie stromalnym, który słabo odpowiada na dotychczasową chemioterapię. Guzy są tak duże, że uciskają sąsiednie narządy, a Marcelinka ma też nadciśnienie tętnicze i każdego dnia przyjmuje cztery leki, żeby je kontrolować.
Lekarze walczą o to, żeby oszczędzić jej nerki. Po konsultacji we Wrocławiu Marcelinka została zakwalifikowana do operacji lewej nerki, podczas której udało się usunąć guz, pozostawiając część zdrowego narządu. Zabieg okazał się dla jej małego organizmu bardzo ciężki. Doszło do niedodmy płuca i wysokich parametrów zapalnych, dlatego konieczne były dwa antybiotyki, a Marcelinka przez cztery dni przebywała na intensywnej terapii i wymagała tlenoterapii. Po powrocie z Wrocławia otrzymała jeszcze intensywniejszą chemioterapię, którą znosi bardzo ciężko, jej wyniki spadają, bywają konieczne przetoczenia, a osłabiony organizm łatwo łapie infekcje. Teraz rodzina czeka na tomografię i drugą operację we Wrocławiu, tym razem prawej nerki.
Od pięciu miesięcy rodzice właściwie nie są w stanie niczego planować. Kolejne pobyty w szpitalu, badania i nagłe wyjazdy sprawiają, że raz przy Marcelince jest mama, innym razem zastępuje ją tata. Na początku choroby tata na pewien czas całkowicie przerwał pracę, bo mama potrzebowała go przy sobie. Marcelinka ma dwóch starszych braci, którzy bardzo czekali na jej narodziny i są z nią niezwykle związani. Kiedy usłyszeli o chorobie, płakali, a rodzice musieli im tłumaczyć, dlaczego tak często znikają z domu. Kiedy tylko Marcelinka jest z nimi, chłopcy poświęcają jej mnóstwo uwagi, a ona wyraźnie szuka ich obecności. Najtrudniejsze są wyjazdy, których nie da się przewidzieć, bo wtedy trzeba zostawić synów pod opieką babci, przeorganizować pracę i znów ruszyć do szpitala.
Przed rodziną druga operacja nerki, kolejne pobyty w szpitalu i decyzje, od których zależy dalsze leczenie córeczki. Dzięki wspólnej akcji udało się pokryć brakujące do celu 50 000 zł. To kwota, która domyka zbiórkę i realnie odciąża rodzinę w czasie, gdy nie da się niczego zaplanować. To wsparcie, dzięki któremu rodzice mogą skupić się na tym, co najważniejsze, by Marcelinka przeszła kolejne operacje i wróciła do domu, do swoich dwóch braci.